Wydaję mi się, iż nie ma prostszego sposobu na odróżnienie kraju prawdziwie suwerennego od państwa podległego, niźli przyjrzenie się prowadzonej przez niego polityce zagranicznej.

Wyobraźmy sobie więc, że III Rzeczpospolita była od samego początku zarządzana przez ludzi, którzy nieco inaczej pojmowali ,,polski interes” i nie chcieli wprowadzać naszego kraju do każdej organizacji międzynarodowej, która obiecywała większy prestiż, bezpieczeństwo lub pieniądze.

Z tych czy innych względów jednak, zdecydowali o wstąpieniu Polski do Wspólnoty Europejskiej, przeobrażonej wiele lat później w Unią Europejską vel Unię Berlińską.

Jak wyglądałby zatem proces wstępowania do takiej Wspólnoty, jeśli byłby on prowadzony przez dyplomatów, a zarazem ludzi reprezentujących interesy Polaków, a nie chłopców w krótkich spodenkach, którzy o polityce zagranicznej uczyli się na stypendiach fundowanych przez międzynarodowych kryminalistów?

Idę o zakład, że nie dali by w ogóle po sobie poznać, iż chcą Polskę wprowadzić do jakiejkolwiek organizacji. Graliby na zwłokę, mnożyliby trudności i wysyłaliby ludzi na Daleki Wschód, do krajów byłego Związku Sowieckiego czy do obu Ameryk, na niby rozpatrując polskie członkostwo w zupełnie innych strukturach.

Być może oświadczyliby też głośno, iż Polska zamierza ściśle współpracować z egzotycznymi państwami, a także będzie tworzyć alternatywny dla Wspólnoty sojusz, wraz z innymi krajami sąsiedzkimi.

Wszakże nie było lepszego od ponad 20 lat interesu dla Niemców czy Francuzów, niż wprowadzenie Polski do Wspólnoty Europejskiej. Oba te kraje (w największym stopniu, gdyż beneficjentów było więcej) zarobiły na tym setki miliardów euro.

To oni zatem powinni byli nakłaniać nas, byśmy łaskawie rozważyli nasze członkostwo.

Należało ich zbywać, nie zgadzać się na żadne wstępne warunki i twardo żądać większych przywilejów.

Może po paru latach Polska zdołałby wypracować sobie nie opinię podległego sługi, lecz partnera, którego nie zadowoli byle oferta i który oczekuje, że członkostwo we Wspólnocie nie będzie ograniczać jego suwerenności, a także, że pozostanie mu jakaś droga odwrotu na wypadek kłopotów.

Być może więc bylibyśmy we Wspólnocie na tych samych zasadach co Brytyjczycy, a może mielibyśmy raczej status kraju takiego jak Szwajcaria czy Norwegia, z nieco bardziej poszerzonym polem współpracy gospodarczej i handlowej, ale nie będącego oficjalnie pod zarządem Berlina?

Myślę, że było to możliwe i wystarczyło sięgnąć po to ręką.

Niestety, nie byliśmy krajem suwerennym. Zatem nasi chłopcy w szortach pojechali do Brukseli, spuścili spodenki, wypięli się i zaskomleli, iż Polska chce zostać członkiem Wspólnoty, a warunki stawiane przez Berlin nie grają roli i Polska spełni je wszystkie.

Efekt jaki jest, widzimy wszyscy:

Choć Polska przyjmowała unijne dotacje, to obywatele nigdy nie poznali ich realnego kosztu.

Wmawiano im, że skoro Polska ,,dostanie” 150 miliardów, to będzie mogła te 150 miliardów wydać. Nie wspomniano o kosztach biurokracji, uzyskiwania wsparcia, o stracie jaką powoduje składka członkowska, a także o koniecznym wkładzie własnym, którego po prostu NIE POSIADALIŚMY, a co zmusiło nasze samorządy do zaciągania pożyczek w instytucjach parabankowych.

Gminy są teraz zadłużone na ponad 70 miliardów, ledwie spłacają odsetki od tychże długów, lecz mają przecież aquaparki, parę ścieżek rowerowych, no i nikt nie pamięta o co najmniej połowie sumy tych dotacji, która przepadła w nieistniejących firmach i w parkach technologicznych, gdzie ulokowały się izby adwokackie, przedszkola i centra ekspertów finansowanych z Funduszów Norweskich.

Choć Wspólnota miała dać szansę wszystkim Polakom, to paru milionom z nich dała jedynie szansę poza granicami Polski.

Pomimo tego, że wysokość podatków, a także ceny towarów i usług są w Polsce iście unijne, to nie zrównano stawek polskich pracowników z ich europejskimi odpowiednikami i są one nadal kilkakrotnie niższe.

Wprowadzono przepisy na których skorzystali ,,inwestorzy zagraniczni”, wyprowadzający rok w rok z kraju po kilkadziesiąt miliardów. Te same przepisy ,,utłukły” polskich przedsiębiorców.

Choć Polska jest jednym z bardziej praworządnych krajów Unii, gdyż w naszym kraju nie ma jeszcze zinstytucjonalizowanego handlu dziećmi (a przynajmniej nie na taką skalę jak w Niemczech czy w Skandynawii), a obywatele nadal posiadają względną wolność słowa nie ograniczaną na każdym kroku przez faszystów politycznej poprawności (znowu: niby ma, ale nie tak jak inni), to Berlin cały czas wtrąca się w wewnętrzne sprawy naszego kraju.

Pomimo tego, że Polska była na długo przed resztą Europy krajem tolerancyjnym, to wmawia się nam faszyzm, rasizm i brak równości. Nikt nie wydaje się pamiętać, iż Polska przyznała kobietom prawa wyborcze w 1918 roku, czyli wcześniej niż chociażby Szwecja czy Stany Zjednoczone.

Przez litość nie chciałem nawet podejmować tematu ,,polskich obozów koncentracyjnych” i wypłacanych po wielokroć odszkodowań dla bandy oszukańczych pijawek.

Tak właśnie wygląda efekt braku jakiejkolwiek dyplomacji przez ostatnie 26 lat.

Nie oczekujmy, że zajmą się nią osoby takie jak Radosław Sikorski czy Witold Waszczykowski, którzy nie są dyplomatami, lecz politykami. Widać to wyraźnie, skoro politykę zagraniczną całego kraju uzależniają od swoich prywatnych sympatii i antypatii.

Jaki światowy dyplomata dzieli kraje na te, które lubi i na te, których nie lubi?

Politykę zagraniczną dostosowuje się do zmiennych okoliczności i potrzeb danego kraju, a nie pod widzimisię oligarchów ani żadnego pana prezesa.

Dyplomacja winna być elastyczna. Powinniśmy schodzić raz na lewo, a innym razem na prawo. Winniśmy prowadzić działania, które miałaby na celu jedynie wprowadzenie innych w błąd.

Nawet dziecko poprowadziłoby lepiej polski MSZ, niż wszyscy ministrowie z ostatnich 26 lat razem wzięci.

Co gorsza, tego właśnie po politykach oczekują również obywatele. Media i ich celebryci przez cały ten czas wmawiały Polakom, że powinni się wstydzić swojej polskości i w efekcie całe społeczeństwo jest pogrążone w tak prostackich kompleksach, że to właśnie obywatele zdają się oczekiwać po politykach, iż ci, gdziekolwiek nie pojadą, winni spuszczać spodnie przed każdym ,,partnerem”.

Realiści myślą o konsekwencjach swoich działań. Oni są romantykami, którzy wymachują szabelką, a gdy opada pył bitwy, dopiero wtedy patrzą jaki odnieśli efekt.

Polska nie posiada polityki zagranicznej, ani dyplomacji. Posiada jedynie syndrom poddaństwa.

Były minister MSZ, Radosław Sikorski, powiedział w prywatnej rozmowie: ,,Bullshit (z ang: g… prawda) kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy, kompletni frajerzy”, a także: ,,Mamy bardzo płytką dumę i niską samoocenę. Taka murzyńskość”.

Czy osoba publiczna, której prywatne opinie mijają się w tak rażący sposób z jej prawdziwymi poglądami i działaniami na stanowisku ministra, nie powinna być oskarżona o dojście do władzy za pomocą kłamstwa, jak i o działanie na szkodę interesów kraju?

Nie stawiam wszakże żadnych oskarżeń – sam minister stwierdził, że dotychczasowa polityka zagraniczna była błędna. Skoro jednak ją prowadził, to będzie winny jej wszystkim efektom.

Jaki będzie efekt polityki ministra Witolda Waszczykowskiego?

Boję się zgadywać ile złego może na tym stanowisku dokonać osoba tak skrajnie niekompetentna. Minister zaraz po objęciu stanowiska stwierdził otwarcie, kto jest dla niego przyjacielem, a kto jest permanentnym wrogiem.

Ciekawe jak na to zareagowali prawdziwi dyplomaci z innych krajów? Śmiechem? Zdumieniem? Wątpię, by im podobna wypowiedź przeszła chociażby przez myśl.

Naszemu ministrowi przeszła jednak przez usta. Wielokrotnie.

Robert Grünholz

Advertisements

3 myśli na temat “Parę myśli o dyplomacji

  1. Czcigodny Robercie
    Wszystko zaczęło się od tego odrażającego pedała Skubiszewskiego, który z wykrzywioną z niesmakiem gębą w telewizji skarżył się, że musi zajmować się „jakimś mięsem”. Widocznie dla pierwszego z galerii dyplopachołków wiedza o tym fachu zatrzymała się na Kongresie Wiedeńskim. Co nie zmienia faktu, że u Metternicha mógłby robić co najnwyżej za kancelistę a u Talleyranda nie załapałby sie nawet na odźwiernego. A potem miałeś dwa zera w postaci specjalisty od średniowiecznych zamtuzów Gieremka i maturzystę (ksywa „profesor”) Bydłoszewskiego.
    Żaden z nich nie miał pojęcia o warsztacie tego fachu. A co się tyczy Waszczykowskiego, to on chyba wymyślił tę wenecka arlekinadę. Skoro zna języki, do MSZ istotnie się nadaje, tyle tylko że na portiera.
    Zechciej zerknąć do poczty.
    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Szanowny Stary Niedźwiedziu,

      Nie wiem czy zapomniałeś, a może już przez litość nie chciałeś wspominać o niejakim Rotfeldzie (Rothfeldzie). Kolejny wybitny członek tego grona.

      Waszczykowski to chyba najgorsza nominacja tego rządu. Przebija nawet Macierewicza, który na szczęście odznacza medalami swoich aptekarzy, co na razie chroni nas przed jego wojennymi zakusami.

      Pozdrawiam serdecznie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s