,,Zawsze byłem stronnikiem polskiej idei, nawet wtedy, gdy moje sympatie opierały się wyłącznie na instynkcie (…) Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń miotanych przeciwko niej; i – rzec mogę – wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski. Nauczyłem się oceniać ją na podstawie tych nienawistnych sądów – i metoda okazała się niezawodną.”

Gilbert Keith Chesterton

 

Choć autor powyższego cytatu zmarł ponad osiemdziesiąt lat temu, a jego idea pozostaje we współczesnej Polsce stosunkowo nieznana, słowa te można będzie cytować tak długo, jak długo istnieć będzie Polska. Takoż też czynię i ja dzisiaj, gdy w tym samym czasie instytucje międzynarodowe jak np. Komisja Europejska, stosują podwójne standardy w ocenie działań krajów naszego kraju i naszych partnerów z Grupy Wyszehradzkiej, a, nie szukając daleko, w ocenie kandydata do członkostwa w Unii Europejskiej – Turcji.

O ile zatem wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej (jakkolwiek byśmy jej nie oceniali) tak głęboko porusza członków Komisji, o tyle też kara dożywotniego więzienia dla niezależnych dziennikarzy, ustrój a’la dyktatorski, łamanie podstawowych praw obywatelskich, dyskryminowanie znaczących grup ludności ze względu na ich pochodzenie etniczne bądź wyznanie religijne, a także używanie wojska przeciwko nieuzbrojonym cywilom, nie są dla członków Komisji łamaniem ,,wartości europejskich” i nie przeszkadzają Turcji w dalszej integracji i w dążeniu do zostania częścią Wspólnoty.

Ta podwójna moralność i iście Anglosaska hipokryzja budzą u mnie oczywiste obrzydzenie i każą mi coraz częściej zaglądać do książek wybitnego Chestertona, który Polskę i Polaków podziwiał, a jego nieudawany katolicyzm nie pozwalały mu na postrzeganie polityki w sposób typowy dla jego politycznych kolegów. Choć ja politykę zagraniczną staram się postrzegać przez pryzmat pragmatyzmu i szkoły realpolitik, imponuje mi postawa typowa dla ludzi jego epoki, cechujących się znacznie większą kulturą, etyką, a także intelektem mylonym dziś często z arogancją. Ta nadzwyczaj nie-angielska (gdyż nazbyt etyczna) wizja Chestertona nie przedawniła się, nie straciła dziś niczego na aktualności, a wydaje się być jedynym lekarstwem na podstawowe choroby XXI wieku, do których zaliczam przede wszystkim: wyzysk ponad 80% ludzkości przez 1% oligarchów, skrajny konsumpcjonizm, upadek wartości moralnych, odwracanie się ludzi od ziemi, kreowanie pieniądza przez egoistycznych i pozbawionych skrupułów monopolistów, a także upadlanie człowieka i zamienianie go w bezwolnego oraz w bezwartościowego robota, pozbawionego zdolności do wyrażania krytycznych opinii, własnych analiz i do pracy, której efekt mógłby on zatrzymywać dla samego siebie.

Odtrutką na ośmieszone idee XIX-ego i XX-ego wieku jest zatem dystrybucjonizm, agraryzm i spółdzielczość, połączone razem z niepowtarzalną ideę, a przeze mnie dopasowaną do sytuacji geopolitycznej, do przyjętej formy własności i modelu ekonomicznego naszego kraju. Nie jest to zatem idea uniwersalna czy światowa, gdyż samo założenie, iż ludzie różnych kultur, różnych cywilizacji i różnych religii mogą równie skutecznie tworzyć ten sam system na podstawie instrukcji napisanych przez Misesa, Smitha, Marksa, Engelsa, Keynesa bądź innych, jest nadzwyczaj niepoprawne i iście naiwne.

To jak np. działa dbanie o dobro wspólne w krajach, gdzie od wieków istnieje znacząca wolność osobista granicząca wręcz z anarchią, a w krajach tysiącletniego posłuszeństwa i hierarchii, pokazuje najlepiej błędny zaułek jakim jest założenie, iż Anglia XIX-ego wieku, współczesna Polska i Chiny przyszłości, mogą stosować się do tych samych zasad, reguł i założeń, a osiągać będą podobne rezultaty.

Dlaczego zdecydowałem się połączyć właśnie te trzy główne idee tj. dystrybucjonizm, agraryzm i spółdzielczość w jedną myśl? Przede wszystkim uważam, iż dopasowują się one świetnie do polskiej rzeczywistości. Spółdzielczość rozkwitała w czasie zaborów i w odrodzonej II Rzeczpospolitej, wydając doprawdy wspaniałe owoce. Nie było to tak dawno by móc sądzić, iż Polacy nie będą dziś mogli się w takiej rzeczywistości odnaleźć. Agraryzm jest obecny w naszej kulturze od wieków i niejednokrotnie to rolnictwo było naszym motorem oraz pozwalało nam zachowywać tożsamość w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. Pojmowany współcześnie dystrybucjonizm to z kolei odtrutka na wszystkie anty-wartości i błędne założenia współczesnej ekonomii opierającej się na skrajnym egoizmie, na iście lichwiarskim i niemoralnym systemie monetarno-bankowym, na odrywaniu ludzi od ziemi i na założeniu, iż celem produkcji jest maksymalizacja zysku przy minimalizacji kosztów, a nie jest nią człowiek.

Polska przeszła daleką drogę od systemu centralnej własności, do systemu w którym własność jest w posiadaniu wąskiej garstki oligarchów i zagranicznych inwestorów, a milionom ludzi pozostaje jedynie zamknąć usta, wstrzymać jakąkolwiek krytykę i pracować dla zysku korporacji bądź banku. Oba te systemy są tak naprawdę dwiema stronami tej samej monety, a jedyną poprawną trzecią drogą jest powszechna własność ziemi i środków produkcji.

Wyobrażam sobie jak potoczyłaby się najnowsza historia Polski, gdyby podzielono i rozdano rolnikom ziemię Państwowych Gospodarstw Rolnych, a ich własność (np. młyny, masarnie czy chłodnie) zostałaby przemieniona we spółdzielnie. Wraz ze spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi, bankami rolniczymi i innymi formami powszechnej własności, obecne polskie rolnictwo nie przypominałoby zachodniej fermy przemysłowej, utrzymującej się jedynie dzięki państwowym i unijnym dotacjom.

Dotykamy tutaj sedna problemu: apologeci systemu stwierdzą, iż małe rodzinne gospodarstwa rolne są niezdolne do utrzymania się, tymczasem zapominają oni, iż gdyby podliczyć koszta sztucznych nawozów, genetycznie modyfikowanych pasz, przemysłowych maszyn, zaciąganych pod ich zakup kredytów, a także dalekiego transportu towaru, jego przechowywania i podbijania ceny przez dziesiątki prywatnych pośredników, nasze rolnictwo bez dopłat nie utrzymałoby się choćby rok.

Wierząc bardziej w metodę marchewki niż kija proponuję, by zmienić ten stan rzeczy przede wszystkim poprzez: uproszczenie prawa do zakładania i prowadzenia spółdzielni, promowanie ekologicznych gospodarstw rolnych oraz ich preferencyjne opodatkowywanie. Lokalny wyrób jak ser, wino czy chleb, powinien być dostępny po niskiej cenie w małych polskich sieciach handlowych i u samych wytwórców; zrzeszonych nie tylko w spółdzielnie, ale także w cechy rzemieślnicze. Wyrób przemysłowy na którym ciąży klątwa antybiotyków, sztucznych pasz, nawozów i innego rodzaju chemii, byłby dodatkowo opodatkowany w zależności od tego ile niekorzystnych dla zdrowia konsumenta rzeczy by się w nim znajdywało. Nie byłby także promowany przez polskie sieci handlowe, nie otrzymywałby państwowych certyfikatów jakości i powstałyby znaczne regulacje dotyczące jego składu.

W tym miejscu pragnę także zaznaczyć, iż Polska powinna dążyć do całkowitego zakazu produktów genetycznie modyfikowanych, szkodzących pszczołom neonikotynoidów, a także wielu wytworów firm takich jak Bayer czy Monsanto np. roundupu.

Stopniowe uwalnianie polskiego rolnictwa od najgorszych środków, premiowanie rodzinnych gospodarstw i dbałości o środowisko oraz o skład produktu, wraz z biegiem czasu doprowadziłoby do zmniejszenia kosztów, a zatem również do zmniejszenia cen tego rodzaju produktów, co ma kluczowe znaczenie dla stosunkowo biednych Polaków. Należy liczyć się też z tym, iż na produkcie wytwarzanym lokalnie i przechowywanym w należącej do spółdzielni chłodni, ciążyć będą mniejsze koszty, niż przy przemysłowej produkcji, dalekim transporcie i po podbiciu cen u zagranicznych sieci handlowych.

Choć Chesterton był przeciwnikiem industrializacji, to ja nie dostrzegam dziś wielu innych możliwości dla kraju takiego jak Polska, niż produkcja wysokiej jakości produktów przemysłowych na rynek krajowy i zagraniczny. W przypadku rynku krajowego ma to zasadnicze znaczenie, gdyż produkcja przemysłowa dla której celem jest człowiek i ma znaczenie miejsce oraz ilość wyprodukowanych środków, przyczynia się do produkcji lepszych jakościowo towarów. Współczesna ekonomia dopuszcza jedynie maksymalizację zysku przez wyprodukowanie produktu jak najbardziej estetycznego i na tyle złego jakościowo, by nie był on zdolny do użytku już po okresie gwarancji. Dla rynków zagranicznych powinno mieć to znacznie identyczne, co wytwarzanie przez nas zdrowej żywności – powinno to powodować u świadomego konsumenta wybór tego właśnie produktu.

Polska nie ma miliarda ludzi, których można by przemienić w tanią siłę roboczą. Jest to nie tylko niemoralne, ale także na dalszą metę niewystarczające. Nie osiągniemy więc żadnych znaczących sukcesów, jeśli będziemy konkurować na tych samych zasadach co inne kraje tzn. poprzez produkcję coraz to większej ilości plastikowych zabawek. Dopiero produkcja wysokiej jakości produktów i eksport nie-toksycznej żywności, może przynieść kraju realne przychody i znaczący wzrost poziomu życia większości obywateli; albowiem produkcja będzie ich domeną, a nie monopolem miliarderów-oligarchów i zysk też pozostanie w kieszeniach większości.

Tego rodzaju przemysł może powstawać i rozwijać się dopiero w sytuacji, gdy państwo zacznie przeznaczać większe środki finansowe na edukację, szkolnictwo wyższe, badania innowacyjne i infrastrukturę. W tym celu proponuję od lat ukrócenie zjawiska marnotrawstwa pieniędzy publicznych, nepotyzmu i korupcji, które nawet po krótkiej lekturze budżetu przypadkowego Ministerstwa bądź raportu Najwyższej Izby Kontroli, okazują się być naszą najgorszą zmorą. Przykłady podawałem w innych artykułach i tutaj powtarzać się już nie będę, aczkolwiek nie przesadzę pisząc, iż sama ustawa o odpowiedzialności urzędników za podejmowane przez nich decyzje, powinna o kilkaset procent zwiększyć prędkość i efektywność naszych inwestycji, a realna walka ze złymi nawykami rządzących, może przynieść realny zysk w wysokości kilkunastu miliardów złotych.

Jeśli dodać do tego nowoczesny system emerytalny, służbę zdrowia finansowaną ,,od dołu”, a nie poprzez nieefektywny Narodowy Fundusz Zdrowia, napisanie od nowa jasnych ustaw podatkowych uszczelniających cały ten system, a także zakończenie dyskryminacji prywatnych przedsiębiorców, okazać mogłoby się, iż pieniędzy mam akurat tyle, ile potrzeba ich naszym drogom, szkołom, uniwersytetom czy szpitalom.

Postuluję tu też podwyższenie wydatków na naukę i badania innowacyjne o 200%, albowiem nie ma takiej możliwości, by oligarchowie i zagraniczni inwestorzy wyłożyli własny kapitał dla naszych laboratoriów i centrów badawczych. Jeśliby mieli zamiar to zrobić, uczyniliby to wielokrotnie na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza.

Ograniczyłem się tutaj jedynie do części koniecznych postulatów, jednak powinny one dać pewne pojęcie na temat tego jak we współczesnej Polsce może wyglądać wspólna idea dystrybucjonizmu, agraryzmu i spółdzielczości. W mej ocenie jest to jedyna szansa na uwłaszczenie milionów Polaków i na stworzenie systemu gospodarczego, którego główną komórką jest rodzina. Rodzina rzadko kiedy jest nastawiona na oszustwo poprzez lichwę bądź wyzysk sąsiadów. Rodzina tworzy uczciwie, żąda za to uczciwej ceny i żyje na przyzwoitym poziomie.

Blisko mego ideału wygląda np. hiszpańska Mondragon Cooperative Corporation czy amerykański Springfield ReManufacturing. Tradycja spółdzielczości jest wszechobecna we Włoszech. My także ją jednak posiadamy! Spółdzielnie pszczelarskie, mleczarskie, mieszkaniowe czy produkcyjne to droga wyjścia z systemu lichwy, chciwości i oligarchicznej kumulacji kapitału w międzynarodowych centrach finansowych. Ale prawdziwym wyjściem jest powrót człowieka do ziemi, czego prędkiego zrozumienia wszystkim życzę.  Ziemia uprawiana nie dla zysku, ale z miłością i oddaniem, odwdzięcza się wieloma cennymi darami. Zamieniana w wielką fabrykę chemiczną, odwdzięcza się nam plagą alergii czy nowotworów.

Dla wspólnej idei dystrybucjonizmu, agraryzmu i spółdzielczości, proponowałbym zbiorczą nazwę: odnowy z serca. Ponieważ to z serca musi płynąć to, czego nam obecnie tak bardzo trzeba. Utopijne wizje XIX-to wiecznych ekonomistów i filozofów zostawiam tym, którzy nie mają nawet pomysłu na to, jak zatrzymać masowy exodus Polaków z ich Ojczyzny. Może poza wyświechtanymi frazesami, banałami i obiecywaniem gruszek na wierzbie, w czym przedstawiciele partii systemowych wykształcili się idealnie. Szkoda, że na tym ich wykształcenie się już kończy.

 

Robert Grünholz

Advertisements

7 myśli na temat “Odnowa w duchu Chestertona

  1. Przedstawiona tu idea dystrybucjonizmu wydaje mi się jakaś taka… naga. Czy to już kompletna myśl, którą jakimś sposobem wprawi się w obecny system, czy to tylko malutki wycinek nowej jakości? Jakoś nie jestem sobie w stanie wyobrazić, by same tylko spółdzielnie zdołały oddolnie wypełnić cały krajowy rynek. Owszem, spółdzielnie powinny mieć jak najlepsze warunki do powstawania i rozwoju, ale są one z natury swej zakładane na szczeblu lokalnym, nie można na nich oprzeć całej gospodarki, byłby to absurd. W państwie potrzebne są zarówno małe, rodzinne przedsiębiorstwa, ale również bardziej specjalizowane zakłady (przemysł mikrotechnologiczny, choćby), które dostarczać będą produktów nie tylko na rynek krajowy, ale może i zagraniczne. Jeśli ktoś ma pieniądze i fantazję, dlaczego nie dać mu szansy na stworzenie ogólnokrajowego przedsiębiorstwa, któro dałoby ludziom pracę i pieniądze?

    „Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic – zaśmiał się głośno.
    – To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…”

    No i dlaczego w państwie rządzonym z założenia oddolnie, przez obywateli, mają być jakieś „preferencyjne podatki” na produkcję zdrowej żywności? Jeśli spółdzielcy uznają, że jest to opłacalne, sami zaczną produkować zdrową żywność. Mnie nie stać mnie na takie fanaberie jak bycie „świadomym konsumentem”, chcę mieć wybór między tanim chłamem a droższymi „towarami luksusowymi”. Państwo oparte na prawdziwym, społecznym samorządzie a także na katolickiej etyce, nie może decydować, co w danym momencie obywatele mogą kupić na swoim straganie, bo staje się wtedy państwem socjalistycznym. Jeśli obywatel zarobi (mam nadzieję ;P) to z czasem też sięgnie po lepszą żywność. Choć oczywiście, gdy w grę wchodzi jawne trucie obywateli, państwo ma obowiązek interweniować.

    „Okoliczności kapitalizmu zależą od cywilizacji i
    związanej z nią etyką. Gdyby go stosować po
    katolicku, dawałby zgoła inne wyniki. Na ogół ta sama
    rzecz da się urządzić kapitalistycznie i nie
    kapitalistycznie. Można należeć do cywilizacji
    łacińskiej z kapitalizmem lub bez kapitalizmu.
    Korporacjonizm niekoniecznie musi regulować
    wszelki kapitalizm, bo kapitalizm nie jest sam w sobie
    czymś koniecznie ujemnym. Czy należy go utożsamiać
    z liberalizmem? Liberalizm nie może wprawdzie nie
    być kapitalistyczny, ale kapitalizm nie musi być
    liberalistyczny.”

    Akurat jestem po lekturze „Państwa i prawa w cywilizacji łacińskiej” Konecznego i mocno zapaliłem się do zawartej w tym diele ideji korporacjonistycznej (której częścią, jak zdaje mi się, jest dystrybucjonizm). Książka ta przedstawia całkiem dopracowany projekt przeniesienia katolickiego nauczania społecznego na grunt polski, choć z pewnością wiele zawartych w niej kwestji wymaga ponownego omówienia. Gorąco polecam ten tytuł, może nieco rozwlekły i momentami chaotyczny, czasem nieaktualny, ale bez wątpienia stanowiący wartościowy głos w dyskusji. Na potrzeby tej dysputy polecam rozdział X „Samorządy” – strona 70.

    https://stopsyjonizmowi.files.wordpress.com/2012/09/panstwo-i-prawo-w-cywilizacji-lacinskiej.pdf

    Koneczny względnia w swoim dziele nieograniczoną liczbę towarzystw i spółdzielni dowolnych i dobrowolnych, jako cenny element lokalnej gospodarki, ale poza nimi wyróżnia przymusowe (jednak całkowicie niezależne i samorządne) zrzeszenia gospodarcze o pionowej strukturze (lokalne-powiatowe-wojewódzkie-ogólnopolskie). W skrócie: Państwo polskie w całości zostaje oddane obywatelom, sprawującym nad nim władzę w dwóch samorządach: terytorialnym i społecznym (zawodowym). Samorządy społeczne zrzeszają ludzi poszczególnych profesji, którzy wybierają swoich delegatów na wyższe szczeble struktury samorządowej, aż po same związki ogólnopolskie (coś na kształt samorządnych „ministerstw”). Dzięki temu w „sejmie społecznym”:
    1. Zasiadają ludzie bezpośrednio związani z daną dziedziną (na ten przyład, któż lepiej zreformuje służbę zdrowia niż lekarze, pielęgniarki, ratownicy, farmaceuci?)
    2. Wybrani bezpośrednio przez współobywateli
    3. Każdy region dysponuje szeroką autonomią, wszak nie wszędzie panują te same warunki i różne są potrzeby obywateli
    Rzeczy niemożliwe do uregulowania przez samorząd społeczny, reguluje samorząd terytorialny. Począwszy od wybieranych we wszystkich gminach (tworzonych nawet przez pojedyncze wsie, jeśli mieszkańcy tak zdecydują) wójtów, na każdym następnym szczeblu zasiadają delegaci wybierani przez zjazdy wójtowskie i burmistrzów. Żadnego partyjniactwa, ludzie wybierają swoich reprezentantów spośród dobrze sobie znanych osób. Tak wygląda państwo prawdziwie obywatelskie, zgodne z duchem nauki Kościoła, w którym rola państwa ogranicza się do kontroli 4 ministerstw: skarbu, wojny, spraw wewnętrznych i zewnętrznych. Do całości obrazu brakuje jeszcze tylko zwieńczenia Polski koroną katolickiego króla 😉

    Oto zatem moje ideje, które dorzuciłbym do trzech przedstawionych już przez autora: Monarchja, Korporacjonizm, Regionalizm, Kapitalizm, Katolicyzm.

    1. Przepraszam za to, iż może nie wytłumaczyłem tego nieco dokładniej. Otóż wpis ten nie ma na celu opisywania idei dystrybucjonizmu, ponieważ by ją poznać wystarczy sięgnąć do niezliczonych prac naukowych i książek traktujących na ten temat, a ja nie widzę sensu w powtarzaniu rzeczy tam już zawartych. Ideą wpisu było pokazanie, iż pewne zasadnicze elementy dystrybucjonizmu są dziś nadal aktualne (by nie rzec nawet, iż bardziej niż przed stoma laty), a także dają się łatwo połączyć ze znanymi dobrze Polakom ideami agraryzmu i spółdzielczości. Co więcej, mogą one razem tworzyć fundament pod jedną spójną ideologię, która nie byłaby wcale uniwersalna, lecz byłaby ściśle dopasowana do realiów Polski w XXI wieku. Idee polityczne, które byłyby uniwersalne, jak zresztą wykazałem w tym wpisie, uważam za mrzonkę.

      Spółdzielnie to istotny element budowy nowej gospodarki, ale z całą pewnością nie jedyny. Jestem również zwolennikiem innych rodzajów przedsiębiorczości i niejednokrotnie pisałem, iż np. założenie firmy w Polsce powinno odbywać się w następujący sposób:

      1. Udajemy się do urzędu gminy i składamy wniosek o rejestrację działalności gospodarczej. Opis działalności – jedna strona A4, dane kontaktowe – druga strona A4.
      2. W przeciągu 5 dni roboczych dostajemy potwierdzenie, pieczątkę i informację o tym, iż wszystkie dane zostały zarejestrowane i są już w systemach Urzędu Skarbowego, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Narodowego Funduszu Zdrowia itd.

      To tyle. W podobny sposób widzę samo prowadzenie działalności gospodarczej. Uważam, iż państwo przy odrobinie dobrych chęci jest zdolne znaleźć złoty środek zadowalający zarówno pracodawców jak i pracowników, regulujący kwestie pracy, zarobków, ubezpieczeń itp. Nowy system zdrowotny i emerytalny to także mus, co opisałem jednak dokładniej w innych wpisach na tym blogu.

      Jak Pan więc widzi, nie wykluczam innych rodzajów działalności, a nawet chcę ułatwić ich zakładanie i prowadzenie. Ułatwić w sposób znaczący.

      W porównaniu do tradycyjnych dystrybucjonistów, nie jestem przeciwnikiem przemysłu. Kraj taki jak Polska może konkurować z innymi państwami tylko poprzez produkcję wysokiej jakości sprzętu. Nie ważne jest, czy będą to dobre ubrania, samochody, wiertarki, meble czy lampy. Nie wygramy tanią siłą roboczą, nie wygramy zalewając innych milionami taniego plastikowego ,,towaru”, więc możemy w tym świecie plastików, sztucznie niszczonych produktów i skrajnego konsumpcjonizmu, oferować produkty i usługi wysokiej jakości.

      Jest to też jedyna droga dla naszego rolnictwa. Udawanie Ameryki z przemysłowymi hodowlami antybiotykowych kurczaków, z uprawą toksycznej kukurydzy czy rzepaku, to droga donikąd. Więcej – jest to droga zgubna dla nas wszystkich.

      Podkreślam tutaj fakt niemożności konkurowania z większymi od nas państwami, by wykazać konieczność stosowania swego rodzaju protekcjonizmu. Zagraniczny producent zawsze sięgnie do najgorszych rodzajów psychologii i marketingu, by wyjątkowo nie po katolicku zachęcić konsumentów do kupowania czegoś, co jest w istocie jedynie trucizną. Jako, że obywatele są podatni na manipulacje mediów, manipulacje koncernów, na manipulacje neonami, kolorami, reklamami, a także kierują się kryterium ceny, należy niwelować pewne różnice i faworyzować produkt krajowy (w domyśle: lepszej jakości). Jeśli barachło jest tanie, to tego rodzaju protekcjonizm sprawia, iż zdrowy produkt tanieje, a barachło drożeje. Choćby więc barachła produkowano 100 razy więcej niż my jesteśmy w stanie wytworzyć czegokolwiek, to taka delikatna ingerencja pozbawi tych skrajnie nieetycznych producentów jedynych zalet, jakie posiadają ich toksyczne produkty.

      Jest to też ważna kwestia w przypadku dzieci. One od lat 90-tych stanowią znaczącą grupę konsumentów, pozbawioną kontroli osób dorosłych. Nie są w pełni świadome tego co jest dobre i tego co jest złe. Są najłatwiejszymi celami wszystkich manipulatorów. Etyka każe mi sądzić, iż państwo może w tej sytuacji się delikatnie wtrącać i rozpościerać nad młodymi ludźmi barierę ochronną. Bo też tylko państwo ma dziś faktycznie taką możliwość. Wszystko inne jest przyzwoleniem dla czynienia zła.

      Co więcej, piszemy tutaj cały czas o systemie podobnym do obecnego, a zatem o systemie w którym mamy państwową służbę zdrowia. Czy zatem nie lepiej byłoby zamiast podatku VAT na produkty żywnościowe wprowadzić kilka progów podatku od żywności przetwarzanej? Mało przetworzona żywność – 5%. Średnio – 10%. Bardzo – 15% albo nawet 20%. Logika jest prosta – jeśli np. ogromne ilości rafinowanego cukru prowadzą nieświadomych konsumentów do skrajnego tycia i wielu chorób np. cukrzycy, która często zmusza lekarzy do podejmowania tak skrajnych działań jak amputacje kończyn, to czy na producentach tych toksyn i na samych toksynach nie powinien ciążyć podatek, który umożliwiałby dofinansowywanie służby zdrowia? Alkoholik za nową wątrobę zapłaci akcyzą za alkohol. A kto zapłaci za 14-latka z cukrzycą, którą spowodowały kolorowe napoje i inne śmieci? Kto zapłaci za jego leczenie? Za amputacje czyjejś nogi? Niech płaci winny. Nie widzę w tym ani niczego nagannego etycznie, ani niczego antykatolickiego, ani nawet niczego socjalistycznego.

      Do podanej pozycji chętnie sięgnę, choć mam ją już za sobą, ale warto na potrzeby obecnej i późniejszych dyskusji sobie pewne wątki przypomnieć. Muszę jednak zawetować – korporacjonizm to jednak coś innego niż dystrybucjonizm. Owszem, obie te idee wpisują się w nurt ,,trzeciej drogi”. Obie idee czerpią pełnymi garściami z katolickiej nauki społecznej. Różnice są jednak istotne, a także wielką różnicę stanowią dziś wyznawcy obu tych idei. Korporacjonizm jest najpopularniejszy wśród narodowców. Niech Pan poczyta o dawnym dyktatorze Portugalii – António de Oliveira Salazarze, szczególnie jeśli interesuje Pana taki koncept rządów zawodowych. Dystrybucjonizm nie ma jednak obecnie żadnych związków z ruchem narodowym i pozostaje raczej ideą dyskutowaną w kręgach konserwatystów, do których ja się też zaliczam.

      Wydaję mi się, iż największa różnica polega na tym, że w korporacjonizmie mamy do czynienia z taką ideą pionowej hierarchii korporacji zawodowych, gdy tymczasem dystrybucjonizm (nie wykluczający prowadzenia większej działalności, dużych przedsiębiorstw, przemysłu itp, a w każdym razie nie u mnie) skłania się raczej ku temu, by rolnictwo i przemysł pozostawały bardziej rozbite, rodzinne i działające lokalnie. Na tym w mojej ocenie też polega jego siła, bo bardziej wierzę w 100 pracowników w 10 różnych współpracujących z sobą fabrykach, niż w 1000 pracowników i w jedną fabrykę 🙂 Choć i takowe muszą istnieć! Nie mniej, dystrybucjonizm kładzie większy nacisk na to, by obywatel i podstawowa komórka społeczna jaką jest rodzina, posiadali swoją własność i mogli się z tej własności utrzymywać. Korporacjonizm tymczasem kładzie większy nacisk na zjednoczenie ludzi jednego zawodu czy profesji i o ich udziale w zarządzaniu państwem.

      Gdybym był konserwatystą żyjącym w II Rzeczpospolitej, to zapewne byłbym też monarchistą. Dziś pozostaję jednak zwolennikiem republikanizmu, jako systemu łączącego demokrację, rządy optymatów i monarchię w coś o wiele trwalszego i mniej skłonnego do degenerowania się. Albowiem jak wiemy już dzięki starożytnym, żaden z tych systemów tzn. monarchia, rządy optymatów i demokracja, nie utrzymuje się długo. Monarchia przemienia się w tyranię, rządy optymatów w oligarchię, a demokracja w anarchię. Choć obserwując obecny XXI wiek i wspominając czasy od rewolucji francuskiej, sądzę, że to nie jest wcale takie proste. Albowiem demokracja przemieniła się w oligarchię, a monarchia w anarchię. Republiki natomiast zwykły trwać długo, o ile nada się im odpowiednie prawa.

      Pozdrawiam serdecznie

  2. Dziękuję Panu bardzo za tak bogate przedstawienie koncepcji 🙂 Wciąż jednak mam kilka wątpliwości.

    Jak najbardziej jestem za stosowaniem pewnego protekcjonizmu celem umożliwienia odzyskania na krajowym rynku przewagi polskich przedsiębiorstw. Zgadzam się, że uprawy GMO, faszerowanie zwierząt antybiotykami, nadużywanie w napojach cukru tudzież dodawanie jakichkolwiek ilości syropu glukozowo-fruktozowego bądź aspartamu powinno być ścigane z urzędu. Skoro jednak problemy te bez trudu można rozwiązać, dlaczego całe rolnictwo ma zostać objęte centralnym planem, „planem x-letnim” 😛 Zdrowa żywność zawsze będzie droższa niż otrzymywana dzięki rolnictwu intensywnemu, nie ważne ilu producentów będzie w Polsce. Polaków nie stać na szynkę 25 zł/kg (przynajmniej tu u mnie na lubelszczyźnie, z autopsji, niemal nie widuję ludzi kupujących droższe mięso (sam kupuję kiełbasę 9zł/kg, czasem zastanawiam się czy to jeszcze można nazwać kiełbasą :P)), a taka zdrowa żywność śmiało może kosztować 40-50zł/kg!

    https://ranozebrano.pl/sklep-ze-zdrowa-zywnoscia/mieso-ryby?tag=&q=&sb=RANDOM&p=&pp=18

    Co więcej, w proponowanym systemi rolnictwo ekologiczne prawdopodobnie straci więszość znaczenia na rynkach zagranicznych, gdyż: 1. Będzie stosunkowo droższe 2. Nie będzie promowane na rynku obcych państw kosztem rodzimych przedsięborstw 3. Krótszy okres trwałości zdrowej żywności w stosunku do przetworzonej ograniczy eksport na większą skalę.
    Dlatego dalej będę obstawał, iż żeby ograniczyć niezdrowe dodatki do żywności czy np. użycie Roundupu, nie trzeba wcale przestawiać całego rolnictwa na zupełnie nowe tory.

    Z kolei podział na żywność nisko przetworzoną i wysoce przetworzoną wydaje mi się bardzo nieprecyzyjny. Jak to praktycznie przyporządkować? Skoro ma to być podział zależny od wpływu na generowanie otyłości u spożywającego, to może powinien to być podział na żywność wysokokaloryczną i niskokaloryczną? A najlepiej katalog produktów wysoko opodatkowanych powinni przygotowywać dietetycy. Tylko wtedy okazałoby się, że do produktów niezalecanych zaliczają się także białe pieczywo, kasze czy ryż ;P Nie jestem zatem pewien, czy państwo ma odpowiednie kompetencje, by móc nakazywać obywatelom, co powinni jeść. To tylko od nich zależy jak będą się odżywiać, a przede wszystkim to, czy będą się ruszać. Jeśli nie – jedynymi winnymi ich cukrzycy, którzy za nią zapłacą (zdrowiem), będą oni sami. Jeśli rodzice nie kontrolują, co jedzą ich dzieci, nie dbają o tak fundamentalną rzecz, jaką są posiłki – to winnymi choroby ich dziecka są właśnie oni. Ewentualnie dziecko, któro w pewnym wieku powinno już być na tyle świadome, by troszczyć się o siebie samo.

    Co nieco poczytałem o różnorakich formach korporacjonizmu w świecie. Jednakże nie przemawiają do mnie żadne jej dyktatorskie odmiany. Zbyt dużo w nich było kontroli obywateli przez państwo, władza była autorytarna, czasem wprost totalna, podczas gdy dla mnie istotną jest właśnie szeroka autonomia poszczególnych samorządów oraz regionalizacja państwa, a nie centralizacja. Kolejną kwestią jest nacjonalizm, z mniej lub bardziej zaznaczonymi wątkami szowinistycznymi, któremu przeciwstawiam tradycjonalistyczny uniwersalizm. Wreszcie za bazę dla gospodarki uznaję wolny rynek – w którym co prawda państwo stoi na straży porządku i moralności, funkcjonują państwowe przedsiębiorstwa, ale zarazem państwo do minimum ogranicza ingerowanie w lokalne gospodarki – jeszcze się dobrze nie wgryzłem w wolnorynkowe teorie, dlatego na razie brak mi na ten system precyzyjnego określenia 😛 Tymczasem w Portugalii Salazar w pewnym momencie doprowadził do niemal zupełnego zamknięcia handlu z zagranicą… Gdybym miał wskazać koncepcję, która jest mi najbliższa, byłby to chyba karlizm, choć na naszym polskim gruncie i po tylu dziesiątkach lat wymagałby gruntownych modyfikacji. Jeszcze poszukam wiadomości o dystrybucjonizmie, dlatego na razie nie będę się jeszcze o nim wypowiadał.

    [quote]Dziś pozostaję jednak zwolennikiem republikanizmu, jako systemu łączącego demokrację, rządy optymatów i monarchię w coś o wiele trwalszego i mniej skłonnego do degenerowania się.[/quote]

    Polemizowałbym… ;P
    [img]http://fifek.pl/upload/images/medium/2016/02/dajcie_ludziom_demokracje_2016-02-01_21-17-22.jpg[/img]

    Nie twierdzę, że każda republika będzie zła. Wydaje się jednak, że każdy naród ciąży ku innym formom ustrojowym. Nic nie poradzę, ale patrząc na Polaków, na wybieranych przez nich polityków, mam nieodparte wrażenie, że nam republika nie jest pisana…

    1. Uważam jednak, że od kontroli do planowania jest jeszcze długa droga! Od miejsca w którym państwo zakazuje stosowania pewnych substancji (lub dopuszcza ich pewne ilości) z racji na to, iż są one szkodliwe dla ludzi i środowiska, do miejsca w którym państwo nakazuje rolnikowi produkować tylko dany produkt i to tylko w danej ilości, jest spora przerwa i raczej nikt jej nie przeskoczy bez wyraźnego powodu. Ja przynajmniej nie przywiązuję się jakoś szczególnie do żadnej ideologii, więc nigdy na mym ramieniu nie pojawi się jakiś Engels czy inny Rothbard szepczący na ucho, że ,,tak napisałem i tak masz zrobić” 🙂

      Nie sądzę zatem, by istniało poważne zagrożenie stworzenia rolnictwa całkiem planowanego centralnie w momencie, gdy politycy zajmą się dobrem obywateli, a nie zyskami korporacji. Przeciwnie, sądzę, iż efekt może się okazać zupełnie inny! To teraz mamy wspólną politykę rolną w Unii Berlińskiej i kolosy utrzymywane tylko dzięki państwowym dotacjom.

      I tutaj leży właśnie pies pogrzebany. Dlaczego niezdrowa i szkodliwa żywność jest aż tak tania? Przecież opatentowana pasza musi swoje kosztować! Podobnie jak pestycyd, antybiotyk, maszyny, spełnienie wszystkich wymagań unijnych, państwowych, dostosowanie się do zaleceń urzędników przy pobieraniu dotacji i w końcu kredyty, które ciążą na prawie każdym gospodarstwie. Otóż gdyby nagle zabrać wszystkie dotacje i dopłaty, to ta różnica cen drastycznie zmalałaby. Na pewno nadal by istniała, ale nie byłaby aż tak wielka. Zresztą, skoro państwo dopłaca do tego typu ,,nowoczesnych” upraw, więc za niską cenę takiego produktu płacimy okrężnie wyższymi podatkami, to równie dobrze można je przekazać na zniwelowanie różnicy w cenach produktów ekologicznych. Tak, to już jest ingerencja… z tym, że nie większa niż teraz, a poprowadzona w drugim kierunku. Obywatel nie odczuje wyższego obciążania podatkowego, bo takowego nie będzie. Za to dostrzeże, że popularny produkt zdrożał, a ekologiczny produkt znacząco staniał.

      W miarę jak rośnie zamożność społeczeństwa i świadomość konsumencka, wiele osób jest gotowych dopłacić te parę złotych za produkt, którego smak czy zapach często znają ze swojego dzieciństwa. A są to być może już ostatnie pokolenia, które ten smak i zapach w ogóle pamiętają. Obecne dzieci znają tylko plastikowe warzywa, hormonowe mięso i produkty zasypane ogromnymi ilościami soli oraz cukru, co wyjątkowo skutecznie niszczy kubki smakowe. Ktoś wychowany na jedzeniu MacPodeszwy może wtedy sięgnąć po danie z restauracji nagrodzonej trzema gwiazdkami Michelin i stwierdzi, że jest ono ,,mdłe”. Jest to więc ostatni dzwonek na wprowadzenie dość radykalnych zmian, które umożliwiłyby Polakom życie na wyższym poziomie.

      Oczywiście, nasi sojusznicy nie chcą do tego dopuścić. Choć ich Plan A zakłada, że istnieć będzie jakaś tam Polska z tanią siłą roboczą i jako odbiorca produktów gorszej jakości, to Plan B czy C zakładać może już, że Polska zniknie z mapy, gdy tylko trzeba będzie kogoś przehandlować za pokój tych istotniejszych państw. Dlatego właśnie utrzymuje się Polaków w biedzie i nie dopuszcza się do tego, by na terenie naszego kraju powstał nowoczesny przemysł. Gdyby doszło do wojny, każdy sprzeda nas bez mrugnięcia okiem. A tak mieliby wątpliwości i policzyliby, że ochranianie nas może się im bardziej opłacić 😉

      Przede wszystkim należy stworzyć normalne warunki do porozumienia na linii państwo-pracodawca-pracownik. Niestety, wszyscy przyzwyczaili się już do tego, by będąc w jednej grupie nienawidzić dwóch pozostałych. Jeśli jesteśmy pracodawcą, a państwo nas dyskryminuje i okrada, tedy też my mamy syndrom bitego dziecka i okradamy naszych pracowników. Pracownik, który uważa, że okrada go pracodawca, przy najbliższej okazji oszwabi państwo. A że prawo mamy jakie mamy, to nietrudno coś takiego uczynić. No i w końcu mamy państwo, które widzi jak jest okradane przez wszystkich, więc w końcu wszystkim też dokręca śrubę. Błędne koło.

      Odpowiedni przykład musi iść z góry, albowiem i ryba psuje się od głowy. A zatem:

      1. Uczciwy system podatkowy. Szczelny, preferencyjny dla Polaków, a nie dla zagranicznych korporacji i bankierów. Wysoka kwota wolna od podatku. Szybkie, łatwe i w miarę bezbolesne ściąganie. Nie widzę powodu dla którego to obywatel miałby się z czegokolwiek rozliczać przed urzędnikiem. To państwo tłumaczyłoby się przed obywatelem.

      2. Dopasowany do realiów rynku nowy Kodeks Pracy.

      3. Mała administracja, której nie stawia się wymogów, ani limitów. Urząd Skarbowy ma ścigać złodziei, miast tracić czas na doszukiwanie się dziury w całym, bo trzeba wyrobić normę.

      4. Odpowiedzialność rządzących przed rządzonymi, zatem również walka z korupcją, nepotyzmem i marnotrawstwem pieniędzy publicznych.

      To byłby wyraźny sygnał do wszystkich, że mają już zupełnie inne Państwo. Takie, które wysyła nam rozliczenie na domowy adres, a naszym zadaniem jest jedynie je przejrzeć i odesłać z podpisem. Takie, które wysyła nam co rok odpowiednią tabelkę, a z niej dowiadujemy się ile groszy z naszej kieszeni zostało przeznaczonych na dany cel. Takie, w którym urzędnik zastanawia się pięć razy, nim wyda pieniądze podatnika. Takie, w którym kontrole służą utrzymywaniu standardów jakości i przestrzeganiu prawa, a nie są pretekstem do jego łamania. Różnica byłaby bardzo odczuwalna również w kieszeni każdego obywatela.

      Rolnictwa całkiem przestawiać nie tylko nie należy, ale i nie można. Jednak warto zauważyć, że swego czasu polskie wędliny pozbawione tych trucizn były popularne nawet w Stanach Zjednoczonych. Z pewnością miały mniejszą datę przydatności niż ich miejscowe odpowiedniki. Nie mniej, zgoda. Takie rolnictwo będzie nastawione na potrzeby lokalne i największymi odbiorcami takich produktów za granicą, będą zapewne nasi najbliżsi sąsiedzi. Oczywiście, zależy jeszcze o czym jest w ogóle mowa, bo inne rzeczy sprzedać można będzie i za Oceanem. Ale tak, różnica będzie zauważalna dla wszystkich. Będzie to różnica zasadnicza. Czy aby na pewno jednak gorsza?

      Ten podział wpadł mi tylko na myśl przy okazji pisania komentarza i nie obstaję wcale przy takim rozwiązaniu. Chociaż uważam, że można pójść i pośrodku tzn. objąć podatkiem VAT za żywność tylko ten towar, który w swym składzie zawierać będzie dane środki, bądź będzie uprawiany na dany sposób. To nieco problematyczne, ale za to odczuwalne dla kieszeni odbiorcy. Produkt przetworzony byłby objęty znanym nam wszystkim podatkiem, tymczasem produkt ekologiczny nie byłby w ogóle opodatkowany.

      Regionalizm ma też jeszcze taką zaletę, że produkt lokalny będzie kupowany często bezpośrednio u samego wytwórcy, bądź też w polskiej sieci handlowej. W obu przypadkach produkt taki musi być tańszy, niż ten na którym ciąży prowizja dziesiątek pośredników.

      Korporacjonizm nie jest sam w sobie zły, ale taki bywa najczęściej korporacjonizm autorytarny. Przykładów na to mamy aż nazbyt wiele. Natomiast nacjonaliści miewają bardzo irytującą tendencję do zbaczania w szowinizm. Jakby nie wystarczyło im to, że chcą dbać jedynie o dobro swoich, to muszą jeszcze na rozmaite sposoby umniejszać znaczenie innych i utrudniać im życie. Ani to katolickie, ani to mądre. Stąd bierze się też to, że często tkwią mentalnie w XIX-tym i XX-tym wieku. Po prostu są tak zafiksowani na punkcie ,,naszego interesu”, że nie są w stanie pojąć interesów innych i przez to nie mają najmniejszego pomysłu na jakąkolwiek realną politykę zagraniczną. Chyba, że polegającą na restytucji caratu Romanowów albo na połączeniu sił z Franciszkiem Józefem. Miałem okazję poznać stosunkowo niewielu nacjonalistów, którzy posiadali jakikolwiek pomysł na sensowną politykę gospodarczą czy zagraniczną. Pozostali siedzą na kanapach i zwalczają się wzajemnie, bo to im akurat wychodzi najlepiej.

      Rozumiem wątpliwości. Gdy czytam o historii naszego kraju, to sam zastanawiam się w którym momencie parlamentaryzm nam w czymkolwiek pomógł. Czy dzięki niemu do czegokolwiek i kiedykolwiek doszliśmy. Najczęściej wygląda to przecież tak, że wszyscy tam z sobą cały czas walczą o najgłupsze kwestie, nikt nie mówi merytorycznie, każdy ma wyrobione swoje zdanie na każdy temat i nie słucha, ani nie rozumie pozostałych, no i sprzeciwia się tym drugim, ,,bo tak”. Nie dlatego, że drugi mówi źle, ale dlatego, że stoi tam gdzie stało ZOMO. Czy tam Leszczyński. Albo Narutowicz. Sam już nie wiem kto gdzie stoi.

      My, Polacy, posiadamy bardzo anarchistyczną naturę. Moja chałupa, moja ziemia, mój płot, moja szabelka i moje prawo. A niechże który z butami wejdzie, to mu do rzyci nakopię. A państwo jest zawsze złe, nawet jak jest swoje i robi dobrze. Więc każdy Polak ma wielowiekową umiejętność przekręcenia wszystkiego w ten sposób, by móc udowodnić, iż państwo zawsze robi wszystko źle. Nawet jak mu przynosi wór pieniędzy, to też jest źle 🙂

      Pozdrawiam serdecznie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s