Historia, Polityka

Środowisko (nie)komunistyczno-narodowe

Mija równo dziesięć dni od ostatniego Marszu Niepodległości, którym po raz pierwszy zawładnęły rządowe ośrodki masowego przekazu. Przejąwszy retorykę dotychczas kojarzoną ze ,,środowiskami narodowymi”, skutecznie odwróciły ideologiczne wahadło, sprytnie przedstawiły mieszkańcom Kraju Nadwiślańskiego niekoniecznie prawdziwe intencje prezydenta oraz jego pobożnej ekipy i tym samym zawładnęły Konfederacją Planktonową, zapewne już ostatecznie grzebiąc zarówno ją, jak i jej przywództwo. Było to wszakże kwestią czasu, by jak zwykle trafiającą w kompletną pustkę energię patriotyzmu polskiego, ktoś zapragnął wykorzystać dla swoich politycznych celów. Rządowi udało się to bajecznie, co stanowi najlepszy dowód na niedojrzałość Konfederatów żyjących w przekonaniu, iż jednoroczna inicjatywa konsolidująca pewne środowiska to początek albo podbudowa czegokolwiek większego. Kilka lat nieustannych marszy to jednak żadna podbudowa, a próba łączenia bordowego i granatowego kończy się z reguły czymś, czego raczej nie użylibyśmy do pomalowania ściany sypialni.

Nie jest to dla mnie powód do radości, ni smutku. Mój głęboki indyferentyzm w stosunku do wszystkich istniejących środowisk politycznych w Polsce jest wszakże wynikiem tego, iż są one z reguły siebie warte; na barykadach stoją naprzeciw siebie siły zabawnej awangardy i tragicznego obskurantyzmu, obie walczące o dusze narodu emocjonalnie szantażując go o to, czy pomnik postawimy, czy pomnik zburzymy, czy należy bawić się w publiczny genitalizm, czy też lepsza jest pruderyjność i dulszczyzna. Nie mogąc jednak znieść tak powszechnej hipokryzji, zwykłem mówić, że oba te środowiska łączy wszakoż fakt, iż bez względu na publicznie wyznawane poglądy, w domowym zaciszu wszystko odwraca się o 180 stopni. Dojście do władzy jest dla nich takim testem, który czerwono-sztandarowcy spędzają na klęczkach przed papieżem i biskupem, a czarno-sztandarowcy na wprowadzaniu skrajnie kołtuńskich reform, których jedynym efektem jest ostateczne poluźnienie obyczajowej smyczy.

Mawia się nie bez powodu, że im więcej krowa muczy, tym mniej mleka daje. W związku z tym słysząc kandydata na posła chwalącego się przy każdej okazji własnym patriotyzmem i religijnością, mam przed oczyma targowiczan i niejakiego Rafała P. z Bydgoszczy, który po każdej niedzielnej mszy lubił powiedzieć ,,I słów mi braknie, jak bardzo cię kur** nienawidzę!” (źródło) Mając także w pamięci rządy szajki niejako liberalnych i ateistyczno-materialistycznych Pacynek z Ulicy Dostojewskiego, parskam ino śmiechem na równie egzaltowane obietnice świeckiego i europejskiego państwa.

Starając się jednak wrócić do ad rem dzisiejszego artykułu, pragnę zacząć od wykazania niejakiego zdumienia faktem, iż część tzw. ,,środowiska narodowego” (czymkolwiek miałoby ono być, albowiem nazwa sugeruje jakąkolwiek jedność; jak nie organizacyjną, to chociaż ideologiczną albo tożsamościową) znudzona zapewne faktem, iż dostęp do Sejmu Rzeczypospolitej zależy od kąta nachylenia pleców Pawła Kukiza, zapragnęła z przytupem zdobyć kolejną basztę wroga, korzystając w końcu z faktu posiadania poselskiej pensji i tym samym dostępu do kolorowych szczekaczek. Nie mogąc się zapewne zdecydować, czy w tym celu należy sprzymierzyć się z Predatorem w Muszce, czy też pójść na całość i dołączyć do Naczelnictwa Sanacji Bis, ta najbardziej wygadana część środowiska poszła już po stokroć utartą ścieżką, choć niewykluczone, że jeszcze z niej zrezygnuje. W końcu pryncypia pryncypiami, ale jeść też trzeba.

Bezwzględnie nie uważając samego siebie za autorytet w tej (bądź jakiejkolwiek) kwestii, pragnę jednak doradzić posłowi Teneryfie, iż takowe układy i układziki w historii jego ,,środowiska” miały już miejsce po wielokroć. Na dodatek nie z żadnym sanacyjnym reżimem albo jego marnymi podróbkami, lecz z Imperium Krasnej Zimy, a konkretnie rzecz biorąc z jego Nadwiślanskim Cmokierem personifikowanym przez Partię Niewierzących Deklarujących Inaczej. Może zresztą ten ich brak realnej wiary w jakiekolwiek dogmaty i wskazania zaważył na łatwości w podjęciu takowej decyzji. Ja jej z moralnego punktu widzenia oceniać nie będę. Uważam, że każda moralność przypomina dolną część pleców i takoż jej miejsce jest pod bielizną, a nie w żadnym razie na widoku. Jak jednak można godzić z sobą tak skrajnie różne idee narodowe i internacjonalne? Ano, można. Zapewne dlatego, że wcale nie są takie różne!

Gdzieś tam w borach i świętych gajach narodziła się Polska. Wtedy jeszcze się tak nie nazywała, a i ludność ją zamieszkująca mówiła raczej językiem ogólnosłowiańskim w miejscowym dialekcie, nie mniej nie chciałbym tutaj urazić wyznawców Imperium Lechitów, więc wrzucę ahistoryczny bieg i pocznę potakiwać takiemu nazewnictwu. Historyków proszę póki co o wsadzenie głów w piasek. Był zatem Krak, Wanda co nie chciała Niemca, Popiel, myszy (albo szczury) i insze postacie, bez wyjątku nie chcące nigdzie Niemca.

Gdy tylko okazało się, że jeden z plemiennych książąt ma dość siły, by narzucić swą polityczną wolę innym grodom i gajom, szybko nastąpiła znana z lekcji w szkole historia o lennikach, chrztach, włóczniach, koronacjach, wielożeństwach i królewskich haremach. Bez wyjątku wszyscy uznajemy te ostatnie za najciekawszy element, lecz akurat o nim uczymy się najmniej. Zmuszeni zatem do myślenia o początkach państwa, prędko przekonujemy się, że państwem w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, to nie było to nawet jak na standardy Somalii. Władca niepodzielnie władał wyłącznie terenem wokół swojego grodu, resztę pozostawiając w gestii lokalnych kasztelanów, starostów i innego urzędniczego barachła, a te, jak powszechnie wiadomo, zamyka urząd o kwadrans za wcześnie i jest głównym konsumentem kawy. Co więcej, w takowym państwie nie istniały długo centralnie dyktowane prawa ni reguły, łączność między grodami bywała kiepska, a władca nie dość, że podatki zbierał, to nie chciał za nie remontować mostów.

Gdy tylko granice ustalono za pomocą gór i rzek, konsekwentnie trzymając się braku paszportów, barykad i kontroli wizowych, aż do momentu zaimportowania tych ślicznych pomysłów z wolnościowej Rosji pod rządami batiuszki cara, państwo nabrało nam kształtów. Nadal co prawda nikt nie miał realnej kontroli nad tym co było położone nieco dalej niż rodzinna stodoła, lecz stan rzeczy ten utrzymywał się na całym kontynencie przez kilkaset lat, więc nie róbmy z tego powodu żadnej afery. Tedy też jednak okazało się, że różnica w dialektach pogłębia się, a miejscowych coraz mniej zaczyna łączyć z ich dawnymi kuzynami. Miało to niewątpliwie wpływ na pewne poczucie odrębności, ale od odrębności do tożsamości jeszcze droga daleka. O tym drugim w kontekście historii Rzeczypospolitej można jeno mówić w przypadku szlachty, albowiem to jej przedstawiciele, bez względu na pochodzenie, uważali się za jedynych prawdziwych Polaków. Przynajmniej tak długo, jak kraj istniał na mapie Europy. O masach mieszczaństwa i chłopstwa, uciskanego dotąd przez szlachtę z ewidentną pomocą nienazwanej mniejszości, przypomniano sobie dopiero w trakcie zaborów, gdyż Państwo Kontusz i Szabla do kolejnych powstań się raczej nie palili. Pozostało więc łaskawie podarować tę elitarną tożsamość masie, która, jak się później słusznie okazało, o wiele chętniej robiła użytek z kos.

Pięknie przebiegały wcześniej losy biednego kraju, którego co dziesiąty obywatel uważał się za Polaka. Poddaństwo koronie deklarowali ludzie z całego świata, przywożąc z sobą jedzenie, kulturę, religie i idee. Podarowano nam najłagodniejszą reformację, renesans wpłynął do Gdańska, kuchnię wypełniły, a wkrótce potem całkowicie przyćmiły cynamon, goździki i szafran, ubiór wędrował z pustyń, a dwór mówił po łacinie, niemiecku, francusku, włosku i węgiersku. Nieznane nam były większe waśnie i wojny między sąsiadami innych wyznań i urodzonych w innych częściach Europy, pomijając może egzaltowaną z natury i anarchistyczną szlachtę, jak zwykle szukającą okazji do sporów i zaczepek.

Tenże obraz, wcale nie stylizowany, to najdłuższy element historii Rzeczypospolitej. Dłuższy niż łączny okres zaborów, odrodzonego kraju, powojennego dyktatu centrali półgłówków i jeszcze późniejszej republiki bananowej. Jest to jednak obraz Europy tamtych lat, pozbawionej granic, przenikania się języków i kultur, ciągłej wędrówki wykształconych osób i ich kosmopolityzmu. Nie jest zatem prawdą, jakoby wizja ta była utopijna, a nawet nowoczesna – jest bowiem tak stara, jak stare jest nasze szare państwo. Albo biało-czerwone, jeśli rzeczywistość ukryć pod Ogniem i Mieczem, Kościuszko, Antemurale Christianitatis, orłem i krzyżem.

Nic więc dziwnego, że tytułowym środowiskom nie w smak jest takowa tradycja. Jakkolwiek stara by ona nie była, dziś uchodzi co najwyżej za ,,lewackość” albo ,,globalizm”, pomijając jednak tradycyjne dla nich przypuszczenia, jakoby to za obiema tymi ideami stała tradycja ucinania napletków, czczenie późnochrześcijańskiego obrazu Szatana albo jeżdżenie rowerem i sortowanie śmieci. Można więc zapytywać o to, jakaż inna tradycja byłaby w smak? Wszakże nic zaborowego, gdy to polskość w swej naturze nieposkromiona i anarchiczna, tłumiona była butem i nahajem. Może więc środowisko to klęczy przed Najjaśniejszą Zmitologizowaną Drugą Rzecząpospolitą?

Tutaj także trafiamy w próżnię. Choć nasze (bo czyjeż inne, powiedzą pewnie) były już Wilno, Lwów i Śląsk, to jednak kraj zasiedlony był ,,wrogami”, których należało się w ten czy inny sposób pozbyć, a przynajmniej ich zneutralizować. Lub zutylizować, zależnie od skali problemu. Tożsamość narodowa w końcu dotyczyła całej masy ludzkiej, a nie ino wybrańców. Choć nacjonalizm mógł sobie świetnie radzić mając język, kulturę i dawne granice, postawiono jednak kartę na etniczną sieczkę umysłową, od tej pory (w zależności od potrzeb politycznych) za członka danego narodu uznając te osoby, które sami autorzy koncepcji do narodu wliczyli. Jednym więc udało się to mimo tego, że nie potrafili powiedzieć ,,powyłamywany”, a innym odmawia się do dziś tego prawa, choć żyją w Płocku od czterech pokoleń. Oczywiście tym, którzy nie są częścią samego środowiska, albowiem zgoda na niejasne definicje i kult oddawany Mesjaszowi Polonii wystarczy, by się do tego zacnego grona ,,prawdziwych Polaków” zaliczyć. Pozostali mogą co najwyżej liczyć na łatki ,,lemingów” przy znacznie dobrym wietrze, a przy gorszym na ,,szabesgojów”, ,,żydostwo”, ,,masonów”, ,,folksdojczów”, ,,kacapów” albo jeszcze innych -ów.

Jakby tego było mało, wkrótce krajem zaczęła rządzić Ekipa Mierna Ale Wierna nieprzyzwoitego megalomana, zatem tytułowe środowisko poczęło jeszcze bardziej protestować, przenosząc temat sporu na ulice, witryny sklepów i do galerii. Tam też ostatecznie dano wyraz temu, w jaki sposób środowisko z ,,demokracją” w nazwie szanuje idee demokracji, najpierw tworząc atmosferę, która zrodziła zamach na prezydenta i by po dziś dzień wybielać zamachowca, tłumacząc przy każdej rocznicy jego patriotyczne motywy. Polska, choć stała się nią ponownie po 123 latach, nadal nie była ideałem do jakiego dążyło to środowisko. Jednym należało zatem wybić szybę sklepu, innych zmuszać do siedzenia w tylnych ławkach, a jeszcze innych przy odrobinie szczęścia wysłać na Madagaskar.

Wojna zatarła jednak ślad i po tym. Narodził się Nadwiślański Cmokier i dopiero w tym momencie, po tysiącu lat egzystencji, szara Rzeczpospolita stała się ideałem, wręcz nacjonalistycznym mokrym snem. Narodziła się bowiem Polska homogeniczna, pozbawiona tych wszystkich elementów, jakie były solą w oku ,,prawdziwych Polaków”. Polska, dzięki powszechnej edukacji i przesiedleniom, pozbawiona nawet wielu znaczących różnic regionalnych, gwar i dialektów, idealnie wręcz zunifikowana i spolszczona od Gdańska, przez Szczecin, po Wrocław. Polska jednej kultury, promowanej przez Nadwiślańskiego Cmokiera jak nigdy przedtem i potem, darowująca nam wysoki poziom czytelnictwa, polskiego filmu mitologiczno-romantyczno-historycznego, polskojęzycznej piosenki i telewizyjnych spikerów mówiących z (nie do pomyślenia dzisiaj) idealną dykcją. Polska w której wszystko było co prawda z nazwy ludowe, ale w myśli narodowe; od nacjonalizacji przemysłu, przez wielkie programy budowy mieszkań, po socjalne dywidendy dla rodzin. Demografia stała się odzwierciedleniem fetyszy wielu, a jakby tego wszystkiego było mało, naszym największym i najwspanialszym sojusznikiem stała się Rosja.

Wziąwszy pod uwagę to wszystko, dziwi skandowanie haseł takich jak: raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę. Można by pomyśleć, że nieoczytana masa nie musi niczego kojarzyć, lecz rolą jej przywódców jest wskazać dane rzeczy palcem i powoli daną rzecz tłumaczyć. Nie ma bowiem i nigdy nie było innej Polski, która w równym stopniu dorównywałaby marzeniom współczesnych nacjonalistów, co Nadwiślański Cmokier 1945-1989. Nigdy nie było Polski tak pod każdym względem polskiej etnicznie i kulturowo ani w równym stopniu katolickiej. Naród nie umierał, lecz przybywało milionów. Gospodarka była niemal żywcem wzięta z dowolnego ,,programu narodowego” ostatniego ćwierćwiecza. Byliśmy odgrodzeni Żelazną Kurtynę od zgniłego Zachodu. Gdzie więc te różnice, gdzie wrogość, skoro jest to jedyna tradycja do jakiej nasze tytułowe środowisko nie tylko może powinno, ale do której może się wyłącznie odwoływać? Nie bez powodu chyba tak blisko na palecie kolorów są sobie bordo i czerwień.

Oficjalny profil publiczny Facebook: https://www.facebook.com/grunholz.robert/

Robert Grünholz

21 listopada 2018

Reklamy

1 myśl w temacie “Środowisko (nie)komunistyczno-narodowe”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s